A State of Trance 550: Invasion

Szaleństwo w Den Bosch rozpocznie się za:

W końcu, po dwóch latach słuchania transmisji, zapowiada się na to, że jednak marzenia zostaną urzeczywistnione…

29 sierpnia 2011

30 sierpnia 2011, 01:27

Poniedziałek, jak to poniedziałek ma w zwyczaju, zaczął się ciężko. Zwlekanie się rano z wyra to nie jest to, za czym ja przepadam. Wręcz przeciwnie – organicznie wręcz tego nie trawię. Tak, słyszałem już nie raz, że jak się wcześnie wstaje, to cały dzień przed człowiekiem i w ogóle. Tylko nikt mi jeszcze przekonywująco nie wyjaśnił, co mi z tego całego dnia, skoro do południa bardziej zombie przypominam niż przedstawiciela homo sapiens… Ale ja nie o tym chciałem jednakże.

Czytaj dalej...

Spieszmy się kochać buzdyganopodobnych. Tak szybko odchodzą…

24 sierpnia 2011, 01:39

Nie ukrywam, że tytuł notki to lekka parafraza z tematu maila, którego wczoraj dostałem od przyjaciela swego. Mniejsza o większość, co treścią owego maila było. Temat tak mi przypasował, że wrednie i bezczelnie sobie go zapotrzebowałem na potrzeby niniejszego wpisu. Nic nie poradzę – trafił mi się taki słodki jellonek (żeby nie zaryzykować twierdzenia, że wręcz młody klon <baczność>Arnolda „przetwarzam” Buzdygana<spocznij>), że aż żal się nie podzielić wrażeniami. Ja się prawdę mówiąc z każdym kolejnym mailem coraz konkretniej turlam ze śmiechu. :D

Czytaj dalej...

Oż w mordę

23 sierpnia 2011, 23:54

Udało się przebrnąć przez podrzucone przez znajomego zlecenie. Znaczy się, przez zasadniczą jego część. Pliki przygotowane, popakowane, teraz „tylko” trzeba to wypchnąć do właściwych odbiorców. „Kilku” ciepłych słów pod adresem programistów / księgowych / marketoidów / managerów Adobe nie sposób było nie rzucić, ale to w zasadzie standard. Któregoś dnia chyba wreszcie będę musiał przysiąść i spisać, co mnie doprowadza do składania „szczególnie ciepłych wyrazów sympatii, żeby nie powiedzieć wręcz uwielbienia”. Na dzień dzisiejszy nie mam już ani sił, ani weny twórczej.

Czytaj dalej...

17 sierpnia 2011

18 sierpnia 2011, 00:59

Udało się w końcu trafić na dzień, w którym i pogoda nie doprowadzała człowieka do ciężkiej cholery, a i czasu udało się trochę wygospodarować. Wobec takiego splotu okoliczności dziwnym nie jest, że po wyjściu z fabryki pierwszym pomysłem, jaki przyszedł mi do głowy, było „pojeździć na rowerze”. Kontrolny SMS do koleżanki, czy może ma się ochotę wybrać i… stał się kolejny cud – nie miała dzisiaj w planach dokarmiać swojego pracoholizmu. Pozbierałem szczękę z podłogi autobusu, którym akurat do domu wracałem i dograliśmy te prozaiczne szczegóły, pt. gdzie i o której godzinie się spotkamy.

Czytaj dalej...

1 sierpnia 2011

02 sierpnia 2011, 01:20

Jak chcesz człowieku kogoś rozśmieszyć, to powiedz mu o swoich planach. Lipcopad 2011 urządził sobie wśród moich planów rowerowych prawdziwą rzeź niewiniątek. Co wpadł mi do łba pomysł, żeby pojeździć, to aura sprawiała, że pojeździć to sobie mogłem co najwyżej na mopie, żeby nie powiedzieć, że dupą po nieheblowanej desce. Jak się trafiały sytuacje typu ABC (Absolutny Brak Czasu), to wtedy - fakt faktem, że w ilości przypadków, którą można zliczyć na palcach jednej ręki pijanego drwala - pogoda, jak na zamówienie była. Skutek tego jest taki, że w cholernym lipcopadzie 2011 przejechałem na rowerze kilometrów 0. Tak. Dokładnie i słownie: zero. Ale to na pewno wszystko przez „globalne ocieplenie”… murwa jego kadź.

Czytaj dalej...